Kiedy kolejna wędrująca, biblionetkowa książka wpadła
w moje łapki, aż zatarłam je z zadowolenia (niemal jak tytułowa modliszka).
Tytuł zachęcał, opinie czytelników także, więc czym prędzej zabrałam się do
lektury. I co tam zastałam? Niestety, ot czytadełko na ciepły wieczór.

Główna bohaterka, Milena Płoszyńska to protetyczka
po czterdziestce, którą poznajemy w dość niekomfortowym momencie życia. Okazuje
się, że jej mąż, Lucjan spodziewa się dziecka z młodą Irminą o czym wiedziało
całe grono przyjaciół bohaterki, ale nikt nie puszczał pary z ust. Sama
zainteresowana dowiedziała się o tym przez przypadek, od starej znajomej,
sąsiadki ciężarnej. I tu zaczyna się snucie naszej opowieści. Snucie, bo na
moje nieszczęście książka nie miała rozdziałów. Ba, nie miała nawet gwiazdki
oddzielającej poszczególne wątki. Jedyne na co mogłam liczyć to nieśmiałe
spacje. Czułam się jak podczas leśnej gawędy starego druha. Bardzo
przeszkadzało to w przyswajaniu książki, a także w robieniu jakichkolwiek
przerw w czytaniu. Prawdopodobnie jak wielu innych czytelników lubię oderwać
się od lektury dopiero wtedy gdy skończę rozdział – tutaj zostałam pozbawiona
takiej możliwości.
Książka zawiera mniej lub bardziej szczegółową
relację z kilku lat z życia Mileny. Opisywane są zgrabnie jej codzienne
zwyczaje, przeplatane dygresyjkami i żarcikami. Narracja niby trzecioosobowa,
ale czytelnik ma wrażenie, jakby opowieść snuła sama bohaterka. Irytowały mnie
natomiast skoki czasowe, które dosyć często się zdarzały. Bywały miejsca, gdzie
opowieść zostawała przesunięta o rok dalej, nie mówiąc już o licznych
retrospekcjach. Kolejnym minusem był brak konkretnej historii, poruszane było
tysiące wątków, żaden nie został tak naprawdę przeprowadzony do końca, po
prostu wycięty fragment z życia. Uderzyło mnie to bardzo, gdy nie potrafiłam
odpowiedzieć na pytanie „o czym jest ta książka?”
Główna bohaterka jest dość dobrze wykreowana,
realistycznie z wachlarzem wad i zalet, podobnie jak Lucjan (który na swoje
nieszczęście wcale nie budził we mnie współczucia, a taki chyba miał być zamysł
autorki). Znacznie gorzej wyszła Joanna, synowa Mileny, która okazała się być
ostoją dobra, cierpliwości i spokoju i zaczynała mnie drażnić zbyt
zrównoważonym podejściem do życia. Było też kilka bohaterów o podobnych
charakterach, co niestety przy długim i mozolnym czytaniu rzucało się w oczy.
Małym smaczkiem dla mnie, rodowitej kujawianki, było
pojawienie się nazwy „Bydgoszcz” i to parokrotnie, a sama akcja powieści miała
miejsce w Toruniu. Urazy do tego miasta nie chowam (jak niby większość moich
współmieszczan), więc cieszyłam się na myśl, że niedaleko coś mogło się
rozgrywać.
Książka to zwyczajne czytadło, które na długo
niestety nie zagości w mojej pamięci, niemniej jednak warto je przeczytać, gdyż
wprowadza dozę optymizmu w ten szary i zimny październik.
Powieść podłączam do aktualnego wyzwania trójki E-Pik: optymistyczna książka na jesienną chandrę.