Po raz kolejny prezentuję moje cudo, tym razem w scenerii świątecznej i podzielonej na dwa stosy.
Lewy stosik pochodzi z różnych źródeł, ba, ostatnie jest nagrodą w konkursie:
"Klub Dantego"
"Stulecie detektywów"
"Maledictionis fili"
"Ukryci w Paryżu"
Natomiast prawy stosik w całości przywiozłam z wydarzenia zwanego Zamieniadą, które dzieje się regularnie w Inowrocławiu. Czytelnicy z okolic spotykają się raz na jakiś czas, przynosząc papierowe skarby i wymieniają się z innymi. Akcja jest jak najbardziej godna polecenia jako zyskanie nowych nabytków i poznanie świetnych ludzi. Rozejrzycie się, w Waszym mieście na pewno coś podobnego też jest organizowane. W ostatnich wymianach zdobyłam:
"Nell"
"Powrót do Missing"
"Śnieżka musi umrzeć"
"na fejsie z moim synem"
"Weronika zmienia zdanie"
"Przygoda z owcą"
Czytaliście coś z moich nowych nabytków? Czy coś polecacie?
poniedziałek, 18 listopada 2013
poniedziałek, 11 listopada 2013
029. "Heroizm dla początkujących" Johna Moore'a

Parodia to raczej niski gatunek literacki. Najczęściej zawiera nietrafione, kloaczne żarty, którą są na bardzo niskim poziomie, powodując oburzenie fanów parodiowanego dzieła. Bo też i parodie pisać trzeba umieć. A John Moore napawdę to potrafi i pokazuje to w „Heroizmie dla początkujących”. Szkoda zatem, że książkę zna tak mało osób. Mam nadzieję, że dzięki tej recenzji ktoś sięgnie po tą pozycję, bo czeka go kilka godzin głośnego śmiechu.
Akcja rozgrywa się w średniowieczu, gdzie w konkury do ręki
Lodowej Księżniczki stają dzielni rycerze i szlachcice. Kandydaci muszą wykazać
się dobrym sercem, interesującą osobowością, by wkupić się w łaski zarówno
księżniczki, jak i lordów. Reguły zalotów szybko się jednak zmieniają, kiedy z
królestwa zostaje wykradziony Artefakt Numer Siedem. Jak to w bajkach bywa –
rękę księżniczki zdobędzie znalazca. Nasz bohater, Kevin ma utrudnione zadanie,
ale czego się robi dla wybranki, zwłaszcza kiedy romans z nią trwa już od roku.
W tej ciężkiej wyprawie towarzyszy mu tytułowy poradnik oraz... sama
księżniczka, samowolnie mianująca siebie „wesołkowatym pomagierem”, postępując
zgodnie z radą z książki, że każdy bohater takiego mieć powinien.
Fabuła nie jest może odkrywcza, bo epic fantastyki jest
wiele, jednakże sposób przedstawienia wydarzeń sprawił, że „Heroizm dla
początkujących” to ponad 300 stron wybornej lektury. Akcja jest wartka, nie ma
czasu na nudę. Autor bawi się językiem, czasem wynikają z tego zabawne
sytuacje.
Teraz słówko o bohaterach. Kevin to pewny siebie książę i
zupełnie dobrze sprawdza się jako główny bohater. Dowcipny, zaradny i odrobinę
sarkastyczny – wszystkie cechy, które ponoszą status lubienia postaci ma na
swoim miejscu. Rebeka, Lodowa Księżniczka, usiłuje być zabawna (toć taka rola „wesołkowatego
pomagiera”), jednak potrafi spalić nawet najprostszy dowcip. Na koniec moja
ulubiona postać – Zły Lord Voltometr czyli Ten, Którego Imię Należy Wymawiać.
Zasadniczo nie jest taki zły na jakiego pozuje, często bywa zakłopotany i ma
tendencje do „demonicznych monologów”.
Na początku pisałam, że książka jest parodią. Czego? A no
właśnie fantastyki w ujęciu całkowitym i dnia codziennego. Począwszy od imienia złego Lorda, gdzie inspiracja Harrym
Potterem jest aż nadto wyraźna, przez parodię typowych elementów epic fantasy
(np. uratowanie świata w ostatniej sekundzie) aż po wyśmiewanie typowych
elementów dzisiejszej rzeczywistości. Bo przecież: „nie da się przejść przez
stary zamek nie przechodząc przez sklep z pamiątkami”.
Pomimo, iż akcja dzieje się w średniowieczu, jest kilka
fragmentów, w których czytelnik zastanawia się czy aby na pewno. Pomijając
przywołany wcześniej sklepik z pamiątkami, mamy jeszcze szkolne kartkówki,
magazyn „Bravo Princess” i poradniki wędkarstwa. Myślę, że może to trochę razić
bardziej wnikliwych czytelników.
Książka jest kopalnią zabawnych cytatów i mój egzemplarz był
gęsto poznakowany różnego typu papierkami żeby przepisać później najlepsze
fragmenty. „Heroizm dla początkujących polecam każdemu, kto ma ochotę pośmiać
się ze znanych stereotypów fantastyki, sparodiowanych z gracją i wdziękiem.
Książka przeczytana w ramach aktualnego wyzwania Trójki
E-pik: książka z motywem królewskim:

Każdego kto nie zgłosił się jeszcze do mojej rozdawajki
serdecznie zapraszam do wzięcia udziału.
czwartek, 7 listopada 2013
Rozdawajka
A teraz obiecana niespodzianka!
Może niektórzy co bardziej spostrzegawczy zauważyli, a może
nie, że pierwszego grudnia przypada już pół roku odkąd prowadzę bloga. Może nie
jest to super ważna rocznica, jednakże zakładając Malinowe Wspomnienia nawet
nie pomyślałam o tym, że wytrzyma on tak długo. Sądziłam, że wszystko skończy
się na słomianym zapale. A jednak nie.
Z tej pięknej okazji chcę urządzić tutaj ROZDAWAJKĘ
URODZINOWĄ!
Zasady są bardzo proste i przyjemne:
1. Organizatorem konkursu jestem ja, właścicielka Malinowych
Wspomnień.
2. Nagrodą w konkursie jest książka: „Ulica tysiąca kwiatów”,
skórkowa zakładka oraz coś słodkiego na przekąskę.
3. Konkurs trwa od dzisiaj, tj. 07.11.13 do 30.11.13 do
północy. Zgłoszenia po tym terminie nie będą brane pod uwagę.
4. Wyniki pojawią się następnego dnia po zakończeniu
konkursu czyli w półrocznicę bloga.
5. Zwycięzcę, wybranego drogą losowania (znana metoda karteczkowa) poinformuje e-mailowo o wygranej.
6. Książkę wysyłam
tylko na terenie Polski.
7. Blogom założonym tylko po to, aby zgarnąć nagrodę mówię
stanowcze nie.
ZADANIE KONKURSOWE:
Proszę o polecenie książki, która jest optymistyczna i
nadaje się na listopadowe popołudnia. Tytuł, autor + krótkie uzasadnienie.
WZÓR ZGŁOSZENIA:
Pragnę/chcę/potrzebuję nagrody.
Nick:
E-mail:
Odpowiedź na zadanie konkursowe:
Nie ma żadnego przymusu z dodawaniem mnie do obserwowanych,
Google + czy innych tego typu stronek, bo lubię mieć grono czytelników, które
naprawdę czyta moje recenzje. Jeśli chcesz zostać tu na dłużej to oczywiście
serdecznie zapraszam, chętnie też poznam Twojego bloga.
Za to ładnie proszę o wstawienie banerka - moje zdolności obróbki zdjęć są ograniczone,
ale jestem dumna z mojego potworka. Nie chciałabym żeby się zmarnował. PS Nie,
nic nie jest wklejane, to prawdziwe zdjęcie:)
I jeszcze jedna malutka niespodzianka, ale tym razem dla
dwóch dziewczyn: cyrysi i Suzy, które postanowiłam wyróżnić za niezmordowane i
aktywne komentowanie. Dzięki dziewczyny! Jeżeli postanowicie się zgłosić to w
puli będą po dwa Wasze losy.
Zapraszam zatem do zgłaszania się.
028. "Felix, Net i Nika oraz Nadprogramowe Historie" Rafała Kosika
Dawno, dawno temu dostałam pod choinkę dwa pierwsze tomy
cyklu „Felix, Net i Nika”. Mama, zasugerowana imieniem bohaterki, które brzmi
prawie jak moje była pewna, że to będzie przyjemna i zabawna lektura. Nie
pomyliła się ani o jotę. Nawet dzisiaj, już po ukończeniu liceum chętnie wracam
do całego cyklu, którego 10 części dumnie prezentuje się na półce i mogę
stwierdzić, że z tej serii chyba nigdy nie wyrosnę. Dlatego jak tylko Rafał
Kosik wydał „Nadprogramowe opowiadania” wiedziałam, że tą książkę mieć muszę.
Zbiór (bo prawie 500 stron to już nie zbiorek) zawiera opowiadania, które
kiedyś w ramach pocieszenia dla fanów były wydawane w formie małych książeczek,
ale też jest tam coś zupełnie nowego, a każde z nich okraszone jest tym
specyficznym i tak kochanym przeze mnie humorem.
Osiem smaczków rozpoczyna się „Tajemnicą Kredokroda”, w
którym nasza paczka przyjaciół poszukuje tajemniczego złodzieja kredy.
Rozwiązanie oczywiście jest nie do odgadnięcia, a wymyślanie go przeplatają
scenki z życia szkolnego, które w książkach Kosika zawsze budziły we mnie
napady śmiechu. „Metoda sześciopalczastego” dzieje się tuż po wydarzeniach
opisanych w tomie drugim całego cyklu – szczęśliwi przyjaciele wracają z nad
morza i trafiają do dziwnych Wlon, w którym muszą rozwiązać zagadkę dziwnej
pogody i znikających kotów (nie obyło się tutaj bez żartów Neta o jedzeniu
kociny, więc odradzam opowiadanie osobom, których nie śmieszy taki humor). „Bardzo
senna ryba” to chyba najlepsze opowiadanie ze zbioru. Bohaterowie, podobnie jak
w trzeciej części, „budzą się” we wspólnym śnie z czarną karocą. Tylko z małym
wyjątkiem: pojawia się tytułowa ryba i grozi uwięzieniem w snach innych, dopóki
przyjaciele nie spełnią jej trzech życzeń. Dzięki temu, Felix, Net i Nika
podróżują po snach różnych postaci, znanych nam dobrze z całego cyklu, co
prowadzi do wielu zabawnych sytuacji. „Ściema Smoczysława” to krótka relacja z
wycieczki do Muzeum Gazownictwa, którą klasa wygrała w czwartej części, moim
zdaniem najsłabsze, chociaż też zabawne, opowiadanie z książki. „Wysłannicy”,
najdłuższa część opowiada o krypto-średniowieczu, w którym wszystkie nowinki
techniczne zagarnął Władca, a prosty lud wierzy, że to magia. Mam wrażenie, że
to opowiadanie było pierwotnie osobną przygodą bohaterów w jednym z ostatnim
dwóch tomów (gdy podróżowali między światami), ale z powodu i tak już ogromnych
ich gabarytów, zostało zdegradowane do roli osobnej historii. „Romantyczny interdyscyplinarny projekt”
chyba wzbudził we mnie najwięcej radości, pomimo dużej ilości nieprawdopodobnych
zdarzeń (kto zabiera niemowlaki do szkoły?). Dyrektor Stokrotka, mądrzejszy po
lekturze gazety, zarządza w szkole tytułowy RIP (zbieżność nazwy nie jest
przypadkowa), a królikami doświadczalnymi ma być właśnie klasa 2a. Mnóstwo
śmiechu i świetnych cytatów. Ostatnie dwa opowiadania „Priorytet Zero” oraz „Wędrujące
samogłoski” związane są znowu z drugą częścią cyklu. Pierwsze opowiada o życiu
z perspektywy agenta Mamrota, drugie o przyszłości. Więcej szczegółów nie
zdradzę.
Książka niczym mnie nie zaskoczyła, bo spodziewałam się
dobrej rozrywki i ją dostałam. Mimo sporego gabarytu, opowiadania pochłonęłam w
dwa dni, czując niedosyt, bo łudziłam się, że tej dobrej lektury starczy na
więcej. Bohaterowie są dopracowani, znani nam co prawda dobrze z głównej serii,
ale wciąż potrafią zaskoczyć. Felix jak zwykle zachowuje trzeźwość umysłu, Nika
sumienie, a Net rzuca mądrościami jak z
rękawa:
"Pieczarki to grzyby. Pleść to też grzyby. Więc zapleśniałe pieczarki to takie jakby supergrzyby."
Polecam wszystkim, którzy już znają pana Kosika i paczkę
przyjaciół, ale także tym, którzy dopiero chcieliby się z nim zapoznać. Te
historie to świetny przedsmak całej serii i wzbudzają apetyt na więcej.
***
Niespodzianki lepiej smakują, kiedy się o nich wie i na nie czeka, więc, specjalnie dla Was moi drodzy, jeszcze dziś wieczorem będzie niespodzianka. Szykujcie się:)
wtorek, 5 listopada 2013
027. "Skazani na Shawshank" Stephena Kinga

Zapewne wielu z was ma za sobą pierwszą książkę Kinga
i z lubością zaczytuje się w kolejnych. Wstyd się przyznać, ale ja nawet nie
przebrnęłam przez pierwszą. Otóż okazuje się, że „Skazani” zostali wydani w
tomie zatytułowanym „Cztery pory roku”. Konwencja była prosta – jedna pora roku
– jedno opowiadanie. Na moje szczęście opowieść o więźniach było „Wiosną
nadziei” czyli poszło na pierwszy ogień. Próbowałam, naprawdę próbowałam,
dokończyć lato, jesień i zimę, jednakże ani styl Kinga, ani tematyka opowiadań
nie przypadła mi do gustu. A nie ma po co męczyć się przy lekturze,
prawda? Recenzja zatem dotyczy tylko
„Skazanych na Shawshank”, tak jak pierwotnie założyłam.
Historia opowiadana jest z perspektywy więźnia,
Rudy’ego, który wcale nie opowiada o sobie, ale o niezwykłym towarzyszu,
Andrew. Skazany niesłusznie za zamordowanie żony i jej kochanka przesiedział w
Shawshank przeszło 30 lat, dzielnie wspinając się po społecznej drabinie, co
ostatecznie i tak nie wyszło mu na dobre. Udało mu się też zrealizować swój
plan, który zapewne stał się swego rodzaju legendą przekazywaną z ust do ust.
Andy wyróżniał się poczuciem własnej wartości i nadzieją, która pozwalała mu
przeżyć w tym strasznym miejscu.
Historia nie była dla mnie niczym nowym, gdyż
wcześniej widziałam film i znałam zakończenie. Mimo to z chęcią jeszcze raz
zagłębiłam się w relację Rudy’ego, chłonęłam losy więźniów i bardzo im
współczułam. Nic mnie jednak nie zaskoczyło. Do tej pory nigdy nie czytałam
książki, której ekranizacja byłaby tak wierna. Każdy wątek, każda scena
natychmiast stawała mi przed oczami. Czułam się jakbym czytała scenariusz
filmu, przerobiony na książkę i mogę śmiało stwierdzić, że ekranizacja
przewyższyła książkę, wzbudzając więcej emocji niż zbyt nieczuły pierwowzór.
Narracja była prowadzona dosyć chaotycznie, co dało
się jednak zrozumieć – książka była relacją snutą przez więźnia. Jednak King
zawarł w niej bardzo mało emocji. W pewnych momentach musiałam się zatrzymać i
zapytać samą siebie „Czy oni w ogóle się przyjaźnili? Jak można opowiadać o
przyjacielu bez grama wzruszenia czy czegokolwiek innego?”
Książkę mogę polecić wszystkim, zwłaszcza tym którzy
jeszcze nie „zepsuli” sobie zakończenia obejrzeniem filmu. Historię Andy’ego
warto poznać, bo faktycznie jest ona niepowtarzalna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)