
Pierwszym zdaniem zostajemy brutalnie przeniesieni w sam środek akcji, dowiadujemy się o śmierci Elsbeth. Chwilę potem poznajemy też pogrążonego w rozpaczy Roberta, sąsiadów, a także siostrę zmarłej, mieszkającą na innym kontynencie, która, o dziwo, wielkiego żalu nie ma. Zakrywa je natomiast zaskoczenie, że bliźniaczka zapisała mieszkanie w Londynie swoim (także bliźniaczym) siostrzenicą, stawiając przedziwne warunki (m.in o zakazie przyjmowania odwiedzin od rodziców). Kilka zdań wprowadzających, a autorka molestuje nas zbędnymi opisami ponad 150 stron. Zawsze daję książkom szansę, więc (o naiwności!) łudziłam się, że gdy tylko Julia i Valentina przeprowadzą się do Wielkiej Brytanii, zacznie się coś dziać. Nic bardziej mylnego. Zapoznajemy się z każdym szczególikiem ich nowego życia, pani Audrey nie szczędzi nam opisów, które niestety są nijakie i zupełnie nieciekawe. Szczególną uwagą darzy cmentarz Hightgate, którego wprawdzie nigdy nie zwiedzałam, ale z książki dowiedziałam się więcej niż bym chciała. Momentem interesującym jest odkrycie faktu, że ciotka Elsbeth-duch nawiedza mieszkanie bliźniaczek. Ten motyw zostaje jednak spłycony do ruszania zasłonami i przesuwania łyżeczek. Dopiero pod koniec książka wzbudziła moje nikłe zainteresowanie, kiedy na wierzch wychodzi skrywana tajemnica rodzinna, a jeden z głównym bohaterów... cóż, więcej nie zdradzę. Jednak ostatnie rozdziały zatarły ten nikły płomień dobrej opinii, którą zaczęłam mieć o tej książce. Są po prostu... tragiczne.
Warto jednak na koniec wspomnieć o małym wątku, który podbił
moje serce, o wiele skuteczniej niż bliźniaczy melodramat. Raz na kilkanaście
rozdziałów pojawiał się wątek sąsiadów – chorego na coś w stylu nerwicy
natręctw Martina i żony, która od niego odeszła. Na początku książki zupełnie
nie rozumiałam po co ten wątek jest prowadzony. Potem jednak pojęłam, że jego
funkcją jest pomoc biednemu czytelnikowi w dobrnięciu do końca lektury. Trochę
ironiczne, co? To tak jakby w całym „Harrym Potterze” śledzilibyśmy z zapartym
tchem życiorys Madam Malkin, a zupełnie olewali walkę świata z Voldemortem.
W całej książce bardzo podobało mi się jedno jedyne zdanie,
które doskonale oddaje cały jej charakter (niestety nie jest to oryginał, ale
moja próba rekonstrukcji, gdyż książkę jak najszybciej oddałam): „Przez
najbliższe tygodnie nie działo się kompletnie nic.” Tak więc, jeśli nie chcecie
czytać zupełnie o niczym, nie sięgajcie po tą pozycję.
Ocena: 3/6
Ocena: 3/6